CODZIENNIK, OLIWIER & SPÓŁKA

Złudne myślenie rodziców na temat tolerancji

Większość dorosłych  jest święcie przekonanych, że jesteśmy taką alfą i omegą, że każdej czynności czy rzeczy najlepiej nauczymy nasze dziecko! Pewnie dużo w tym racji, ale nie przechwalajmy zanadto swoich możliwości… Są bowiem rzeczy, których nikt inny nie postrzega lepiej i nie stosuje w życiu, jak samo dziecko.

Prawdą jest oczywiście, ze pomagamy dzieciom w nauce chodzenia, musimy im pokazać jak obsługiwać sztućce czy wiązać buty. Wszystkich czynności praktycznych uczą się z naszą pomocą lub najzwyczajniej w świecie bacznie nas obserwują, by za chwilę zrobić to samo. Co jednak z uczuciami, emocjami i ich okazywaniem? Czy to aby nie jest tak, ze dziecko jest najlepszym i najprawdziwszym nauczycielem w tej swojej autentyczności??? Wcale nie chcę tu pisać dzisiaj o okazywaniu uczuć czy sympatii. Coś innego chodzi mi po głowie. Za chwilę opowiem Ci pewną historię.

W niedziele rano poszłam z chłopcami na kulki. Oliś i Kubuś w swoim żywiole, jak zwykle bawili się doskonale. W pewnej chwili na salę zabaw wkroczyli mama i tata z córką, około 7 lat. Niepełnosprawną ruchowo i umysłowo córką… Co widać było zresztą gołym okiem, jednak bardzo wesołą i otwartą. Nie mogła niestety skorzystać ze zbyt wielu obecnych tam atrakcji, ale bawiła się na tyle, na ile pozwalał jej stan. Upatrzyła sobie Oliwierka i w szczególności Kubusia, mile zaczepiając ich co chwilę swoimi nie do końca sprawnymi rączkami. Moi chłopcy lgnęli do niej z wzajemnością, gdyż widzieli w niej sympatyczną, pozytywną dziewczynkę. Pełen obrazek sali zabaw jednak łamał mi serce, ponieważ starsze dzieci i te młodsze – prowadzone przez rodziców, omijali ją szerokim łukiem… W głowie wyobrażałam sobie co czują jej rodzice, gdyż sama dziewczynka na chwilę obecną chyba jeszcze nie do końca jest świadoma swojej sytuacji… Spojrzałam jeszcze raz na moich chłopców i dumą uświadomiłam sobie, że widzą w niej prawdziwego, ciepłego człowieka, skorego do zabaw jak oni sami, a nie osobę niepełnosprawną… Jej niepełnosprawność w niczym im nie wadziła, nie zauważali jej, traktując ją jak równą sobie…

Pomyślałam sobie w duchu – „uffff”… Takiej tolerancji powinniśmy się uczyć od dzieci! Prawdziwej, bezwarunkowej, dziecięcej, choć zarazem takiej dojrzałej! Dziecko rodzi się dobre! Wszystkie inne zachowania nabywa od nas podczas całego procesu dorastania. Słuchając naszych rad bądź po prostu podpatrując nas. Stąd skłonności do oceny innych, wyśmiewania się czy pewnego dystansu do osób niepełnosprawnych – jakby co najmniej mieli nas zarazić… Często się dziwimy, że dziecko postępuje wobec innych osób tak czy siak (nie do końca „ładnie”) – nic innego jak musiało gdzieś to widzieć. Na co dzień nie kontrolujemy wielu naszych zachowań, postępujemy spontanicznie. Jesteśmy tylko ludźmi. Nie pozostaje nam nic innego jak tylko tłumaczyć… A w małych dzieciach pielęgnować to, co mają w sobie najpiękniejsze!

Rozumiesz o co mi chodzi? Uświadomiłam sobie, że żyłam w wielkim błędzie myśląc o tym, że kiedyś nauczę moje dzieci tolerancji do drugiego człowieka. Bo to ja powinnam się tego uczyć od nich… Bezwarunkowo! Nie inaczej…

p.s. na zdjęciach Magiczne Ogrody latem ;))