CODZIENNIK, NIECODZIENNIK, OLIWIER & SPÓŁKA

Wstyd mi za własną głupotę!

Sytuacja z przed kilku dni. Godzina 16, wracam z pracy autobusem. Zmęczona niby, znużona korkami, z niezbyt zadowoloną miną, bo mam bajzel w domu i przed oczami mam wizję sprzątania. Myślami gdzieś tam z Olisiem, który gorączkował ostatnio i Kubusiem, co to mu gile z nosa lecą. Uroki jesieni. Narzekam tak sobie w głowie, gdy nagle moim oczom ukazuje się kontrastowy obraz, który wbija mnie w podłogę…

 

 

 

Do autobusu wsiada mama, taka jak ja – wróć!!!! Ja przy niej jestem największą szczęściarą!!!! Choć ślepą niczym jakaś tam ryba! Dziewczyna wsiada z dwójką dzieci, syn około 10 lat i kilkumiesięczną dziewczynką. Wygląda jakby nie spała od jakiś kilku dni, ma mocno podkrążone oczy, mało starannie spięte włosy, bez makijażu. Pcha przed sobą ciężki wózek, ale nie piękną i różową spacerówkę swojej córeczki, co to aż krzyczy z nadmiaru koronek, a potężny wózek inwalidzki! Na nim spoczywa niepełnosprawny chłopiec, a przy nim mnóstwo rurek, które sama nie wiem do czego służą, bo Bóg dał mi takie fory i znać ich nie muszę… Na brzuchu kobiety zaś zawieszona jest chusta, w której wtulona jest mała, śpiąca dziewczynka. Dziewczyna dzielnie ustawia wózek syna w bezpiecznym miejscu i sama staje obok. Uśmiecha się, mówi do niego, choć on nie jest w stanie odpowiedzieć w żaden sposób…

 

 

 

Pomimo swojego zmęczenia ma uśmiech w oczach i niesamowitą energię. Tłumaczy starszej pani, która siedzi obok, że jadą do szpitala na wymianę „czegoś tam”, najprawdopodobniej którejś z rurek syna.

 

 

 

 

Po raz kolejny dostaję po twarzy od siebie samej! Wstyd mi za własną głupotę! Wstyd mi za te myśli, co to miałam chwilę temu, wstyd mi za to, że tak trudno przeciętnemu człowiekowi docenić zdrowie, siłę, a nawet to, że ma samochód, dzięki któremu może się swobodnie przemieszczać, czy pomóc w przemieszczaniu bliskich… W środku złoszczę się na siebie i kipię, że to te moje „przyziemne” problemy tak ryją mi beret, że tak naprawdę mam wszystko i narzekać nigdy nie powinnam! Wstyd mi, że ostatnio chłopcy bardzo mocno wystawiali moją rodzicielską cierpliwość na próbę, a ja dałam się złamać i byłam rozdartą, nerwową matką! Wstyd mi za własną głupotę, wąskotorowe myślenie i swego rodzaju egoizm!

 

 

 

Prawda jest taka, że pewnych rzeczy wygodniej nam nie widzieć, nie utożsamiać się z nimi, nie myśleć, nie zastanawiać się… Trafne: „czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal”! I to by się zgadzało… Domyślam się, że minimum 80% z nas jest cholernymi szczęściarzami! Mamy zdrowe dzieci, mamy z czego ugotować zupę i do kogo się przytulić kiedy trzeba… Mamy więcej niż się nam wydaje… Czy doceniamy???

 

 

 

____________________________________________

:*