CODZIENNIK, NIECODZIENNIK, PRACA/ROZWÓJ OSOBISTY

Sama sobie sterem, żeglarzem, okrętem, śrubką, młotkiem, wkrętem!

Przychodzi taki moment w życiu każdej mamy, kiedy to dobiega końca urlop zwany macierzyńskim i tym samym  nastaje czas trudnych decyzji. Dla jednych to wybawienie i z uśmiechem na twarzy wskakują w pracowniczy outfit, i w podskokach biegną do pracy. Dla innych zaś to chwila, którą za względu na maluszka chciałoby się przeciągać w nieskończoność… Rozumiem jedno i drugie… I u mnie nastał ten czas.

 

 

 

Po macierzyńskim z Olim (starszym synem) od razu wróciłam do pracy, na etacie w banku. Z bólem serca, pomimo, że do tej pory lubiłam to co robię. Dni leciały bardzo szybko, godziny pracy totalnie nie dawały mi szansy na nacieszenie się dzieckiem. Nie wspominając o tym, że zdarzało mi się wychodzić do pracy gdy Oli spał, po czym wracać i zastawać go również już śpiącego… Kto pracował kiedykolwiek w banku wie o czym mówię. Czułam się z tym strasznie, bo przecież coś niesamowitego umykało mi bezpowrotnie… Poza tym środowisko pracy zaraz po powrocie pozostawiało wiele do życzenia, ale to temat rzeka… 😉 Wszystko to spowodowało, że mój powrót do pracy w tamtym okresie i miejscu nie przyniósł mi żadnej wartości dodatniej i okazał się czasem totalnie przepuszczonym palce, z wielu powodów…

 

 

 

Zachodząc w ciążę z Kubusiem powiedziałam sobie, że do banku na etat już nigdy nie wrócę, z kilku względów… Póki co słowa dotrzymałam! Rok z Kubusiem zleciał jak pstryknięcie palcem. Nienasycona macierzyństwem i wspólnymi chwilami, nie byłam gotowa żeby go zostawić i wrócić do aktywności zawodowej. Choć przyznaję – bywały chwile kiedy to te kilka godzin w robocie byłoby wybawieniem! ;P Nie przeczę… 😉 Mijały kolejne dni, tygodnie, miesiące. Długo biłam się z myślami „co dalej?”??? Powoli zaczynało mi brakować życia zawodowego, jednak praca w określonych ramach czasowych, z dresscodem na czele i schematem wyuczonej na pamięć rozmowy mocno mnie zniechęcała.

 

 

 

W końcu jednak dojrzałam do pewnej decyzji… O mojej zmianie nie dosłownie napisałam Ci tu —-> Zmiana. Chwilę po nowym roku, kiedy to Kubuś miał 1,5 roku wróciłam do gry! 😉

 

 

 

—————————————————————————————————————————————-

 

 

 

MATKA WRÓCIŁA DO GRY!

 

 

Nie do banku, nie na etat, nawet nie na pół… Odwiesiłam własną działalność gospodarczą, zmieniłam PKD, załatwiłam wszystkie formalności  zaczęłam wdrażać w życie swój wymarzony plan pracy, o którym dokładnie napiszę Ci innym razem, a który kompletnie nie wypalił! ;P Przez chwilę zapomniało mi się, że ta cała machina tak nie działa! 😉 Ale do rzeczy, wróciłam do finansów, ale szeroko pojętych, otworzyłam się na nowe jako własny szef, pracownik i pomagier! 😉 Wszystko fajnie, tylko takich kobiet jak ja są miliony, więc po co Ci to piszę???

 

 

 

A no po to, że od zawsze byłam zwolenniczką samozatrudnienia, za każdym razem przedsiębiorcze kobiety mnie inspirowały. I nie ważne czy lepiły garnki, czy też sprzedawały nieruchomości za grube bańki! Podziwiałam je za pomysł na siebie, za pasję, za konsekwencje i wytrwałość. Bo to przecież cudowne samemu sobie wydreptać ścieżkę zawodową, prawda? Pomimo tego, że już kiedyś miałam działalność, to było to na zupełnie innych zasadach, bez jakiejkolwiek odpowiedzialności, ściśle związana z jedną firmą – brakowało mi jaj by ostatecznie podjąć tą decyzję na nowo i działać zupełnie na własną rękę… W końcu jednak zaryzykowałam, kierując się przysłowiem, że nie piją szampana Ci, którzy tego nie zrobią ( a szampana lubię!;P)! 😉

 

 

 

I wiesz co, przez te ponad cztery miesiące przeżyłam wszystkie fazy tego „biznesu”! Począwszy od sięgnięcia finansowego dna – bo tak chyba można nazwać miesiąc z zerowym przychodem, będąc na dużym ZUSie?! Fazę „to się nie uda w takich warunkach”, – mam tu na myśli początkową pracę w domu – na szczęście to już przeszłość; fazę „co ja najlepszego zrobiłam?!”, przeplataną fazą „na pewno zdobędę świat!” , i tą „jak cudownie zarządzać własnym systemem pracy i wdrażać WŁASNĄ wizję!”. Niczym niezrównoważona psychicznie przechodziłam od jednej rozterki do totalnej euforii! 😉 Po to by dziś siedzieć sobie ze spokojną głową i myślą, że „lepszej decyzji w życiu zawodowym podjąć nie mogłam”! Baaa – żałuję okropnie, że tak długo do niej dojrzewałam! Właśnie tak!

 

 

 

Chcę Ci powiedzieć, że niekiedy upór i konsekwencja potrafią zdziałać cuda! Dziś jestem szczęśliwa w aspekcie pracy. Dziś oddycham z ulgą, że nie muszę nikogo prosić gdy danego dnia chcę zostać z dzieckiem w domu, dziś wiem, że mogę pracować efektywnie przez 12 godzin, by jutro nie robić nic! Dziś wiem, że z każdej ciężkiej pracy musi zrodzić się jakiś owoc, dziś wiem, że mogę robić co tylko zechcę, gdzie chcę i kiedy chcę, dziś doskonale wiem, że praca na etacie kompletnie nie wpisywała się w mój charakter i sposób bycia, naturę, a nawet swego rodzaju etykę… Dziś wiem, że dam radę – ponieważ chcę, bo widzę więcej niż cel, bo z chęcią witam poniedziałek, bo pracuję nad tym z pełnym zaangażowaniem!

 

 

 

Zaryzykowałam wiele stawiając wszystko na jedną kartę. Biorąc pod uwagę głównie to, że przede wszystkim chcę pozostać MAMĄ. Nie żałuję! Choć wiem, że będą momenty trudne, ciężkie, biorę pod uwagę ryzyko niepowodzeń w pełni świadomie. Inne aspekty wygrywają jednak z tym dziesięciokrotnie! Jest dobrze!

 

 

 

Dziewczyny, nie bójcie się realizować we własnym zakresie!!!!!!! Nie pozwólcie by strach przed nieznanym nie pozwalał Wam podążać za marzeniami i niezależnością! Jest miliony ludzi, którym się udało i pewnie tyle samo tych, którzy doświadczyli porażki… Możesz być w tej pierwszej grupie! Wszystko możesz – tylko sobie na to pozwól! Nie bez powodu mówi się, że jeśli nie zbudujesz swojego marzenia, ktoś inny Cię zatrudni abyś pomogła mu zbudować jego! 😉 Powodzenia Kochane!!!

 

 

 

Wyczekujcie więcej wpisów w tym temacie! Chcecie??? 😉

 

 

 

p.s. Podjęte ryzyko nie jest gwarancją sukcesu, ale bez względu na finisz – daje swego rodzaju poczucie spełnienia. Bo spróbowałaś…

Cmok w bok! :*

zdjęcie: pixabay.com