Dzieci, Lifestyle

Popełniłam karygodny błąd wychowawczy! Nie stosuj tego w domu!!!

Wiem, że w internecie kreuje się idealne rodzicielstwo, życie, fajerwerki, brokat i rzyganie tęczą!!! Wiem też, że ma to tyle wspólnego z rzeczywistością co zeszłoroczny śnieg! Rodzice są idealni, no i dzieci przede wszystkim też… Wszyscy wychowują jak trzeba, a karygodny błąd wychowawczy jest niczym publiczne biczowanie się! 😉 No cóż…, przepraszam nie wierzę! 😉 Ale do rzeczy…

 

 

 

Jestem mamą od pięciu lat. Zanim urodziłam dzieci, mój światopogląd w temacie rodzicielstwa miał niewiele wspólnego z tym obecnym… Pewno jak większości. Wszystko zaplanowane, dzieci, które nie chorują, zawsze słuchają mamy, nie robią rozróby w supermarkecie ;p, nie uciekają, nie mają ataków histerii, nie płaczą bez powodu, ułożone, wyrozumiałe, chcące jeść wszystko co mamusia poda pod nos… Wiele innych bzdur mogłabym dopisać! 😉 Zanim zostałam matką, wydawało mi się, że idealny ze mnie materiał na rodzicielkę, bo przecież wszystko tak dobrze już wiem i najmądrzejsza jestem w tym temacie…! <śmiech!> A teraz zejdźmy na ziemię jak już się pośmialiśmy!

 

 

 

Możesz sobie planować wszystko od A do Z! Możesz przeczytać milion książek, cały internet i wysłuchać wszystkich ciotek świata! Macierzyństwo i tak Cię czymś zaskoczy! Jak nie dziś to jutro, jak nie jutro to za miesiąc… Na swojej drodze popełniłam mnóstwo błędów, mniejszych, większych, wciąż je popełniam do dziś! Wychowanie to nie teoria, której można się nauczyć na pamięć, a potem krok po krok po kroku wdrażać w życie. Nie ma gotowej instrukcji obsługi. I tu człowiek uczy się na błędach! A jak już o nich mowa to mam ich sporo na sumieniu, i ten jeden karygodny błąd wychowawczy na czele!!!

 

 

 

JEDZENIE!!!!

 

 

 

Nasz Oli jest wcześniakiem, możecie więc sobie wyobrazić, że był bardzo drobnym dzieckiem… Przez pierwsze 5,5 miesiąca był karmiony tylko i wyłącznie z piersi, później zaczęliśmy rozszerzać dietę o warzywa, owoce, z czasem mięso, jaja… Opornie nam to szło, a nawet mogę powiedzieć, że nie szło prawie wcale… Różne czynniki się tu nałożyły, problemy z jelitami, problemy z połykaniem, trawieniem i inne zdrowotne! Wchłanianie tego co najcenniejsze z posiłków przez organizm, też leżało kompletnie! Przy tym ciągłe choroby i pobyty w szpitalach nie służyły nam kompletnie. W 13-stym miesiącu życia, po dłuższym wyczerpującym pobycie w szpitalu dobiliśmy do wagi 6,900kg! Wiem – dramat! Lekarze rozkładali ręce.

 

 

 

Wyobrażacie sobie więc jaka byłam zdesperowana?! Bo nie ma dla mnie nic gorszego (poza strasznymi chorobami) niż dziecko, które nie chce jeść!!! Karmienie Olisia było moim wewnętrznym koszmarem, przecież tak bardzo chciałam mu pomóc… Wszystkie metody wypróbowane, skuteczność minimalna. Odchodziłam od zmysłów (zrozumie mnie tylko druga matka, będąca w takiej sytuacji), problem stał się moją zmorą. Zafiksowałam się totalnie, do tego stopnia, że od początku prowadziłam kalendarz, w którym zapisywałam co Oli zjadł, ile i o której. Żyłam w ciągłym poczuciu kontroli tego – jakby to mi miało w czymś pomóc niby… 😉

 

 

 

Jako zdesperowani rodzice odstawialiśmy cyrki przy posiłkach – serio… Bańki mydlane, pacynki na palcach, granie na różnych „instrumentach”, tańce, cuda wianki! Niczym wariatka chowałam się na górze za schodami i miauczałam, albo szczekałam udając coraz to nowe zwierzątko , żeby tylko wziął do buzi kolejną łyżkę! Działało!!! Eureka!!! Z czasem doszły jeszcze bajki… Moje dziecko nigdy nie jadło w takich ilościach jak inne dzieci, ale zaczęło jeść znacznie więcej! Trzeci wymiar szczęścia!!!! 😉

 

 

 

Tu by się kończyła ta piękna historia z happy endem… Bo tak już było zawsze! Inaczej – musiał być czymś zainteresowany żeby zjeść, musiało się coś dziać… W przeciwnym razie temat był praktycznie nie do przeskoczenia! To trochę tak jakby nie do końca zdawał sobie sprawę, że je, nie czerpał z tego żadnej przyjemności, nawet może czasami nie do końca to kontrolował, ponieważ był tak przejęty tym co się dzieje dookoła. Zgubne to strasznie!

 

 

Nie obwiniam nikogo, ponieważ wiem, że sami do tego doprowadziliśmy, wiem też, że zdesperowany rodzic zrobi wiele, by wyjść z trudnych sytuacji… Ale tutaj chyba niestety nie tędy droga… W tamtym momencie nie widzieliśmy innego wyjścia, nic nie pomagało, a wierzcie mi, że próbowaliśmy wielu rzeczy… Sęk w tym, że późnej bardzo ciężko oduczyć takich zachowań. Wchodzą w nawyk momentalnie. Dzisiaj Oli ma pięć lat. Z wagą jest znacznie lepiej, bo dobiliśmy do 16, czasami nawet 17kg, ale w temacie jedzenia nadal bywa różnie… Ma wybrane rzeczy, które zajada jak szalony, a ja patrzę z podziwem, a inne stanowią udrękę. Do dziś czasami potrzebuje tego by coś działo się dookoła, bo tak trudno skupić się na samym jedzeniu… Rozumiecie?

 

 

 

Niektórzy mówią, że każda metoda jest dobra… Też tak kiedyś myślałam. Zgubne to jednak niesamowicie! Szczerze to nie wiem czy dalibyśmy radę bez tego, ale obiektywnie zdaję sobie sprawę po tych wszystkich latach, że to nie jest wyjście… Przynajmniej u nas takie zachowanie wcale problemów nie rozwiązało, a można powiedzieć, że zamiotło je pod dywan… Także z mojego punktu widzenia, mówię Wam, jeśli nie jest to koniecznością – nie stosujcie tego w domu! Później jest tylko trudniej… Dziecko musi wiedzieć, że je…