CODZIENNIK, OLIWIER & SPÓŁKA

Międzynarodowy Tydzień Karmienia Piersią. Droga mleczna nie zawsze różami usłana.

Od pierwszego sierpnia trwa Międzynarodowy Tydzień Karmienia Piersią. Akcja ma za zadanie upowszechnienie karmienia piersią na świecie, zwracając przy tym uwagę na korzyści, jakie z tego wynikają dla mamy i dziecka. Nie zamierzam się tu wymądrzać na temat plusów karmienia, bo bez wątpienia wszyscy doskonale zdajemy sobie z nich sprawę. Nie mam na celu również „umoralniać” mam, które nie karmiły naturalnie, gdyż uważam, że to każdego indywidualna sprawa… Wiem też po swoim przykładzie, że droga mleczna nie zawsze usłana jest różami. Często trzeba wylać morze łez i włożyć ogrom trudu w to, by się udało… Tak właśnie było ze mną / z nami… Zatem o tym chciałam dzisiaj trochę! Piszę do wszystkich mam, które pragną karmić, którym nie koniecznie to wychodzi, bądź wychodziło oraz do tych, które myślą żeby się poddać… Na początek opowiem Ci moją historię.

 

 

 

Jak wiecie mam dwóch synów. Każdego z nich karmiłam, tyle ile mogłam, tyle ile było mi dane… Oli urodził się jako wcześniak poprzez cesarskie cięcie. Efektem tego był fakt, że moje cycki nie chciały współpracować (sorry za określenie, ale mamy się tu czuć swobodnie)… Tak więc przez pierwszą dobę nie wydaliłam z siebie ani kropli mleka. Byłam w złym stanie fizycznym i psychicznym, to dodatkowo nie sprzyjało laktacji. Brak obecności dziecka przy sobie, jego stan zdrowia  i ciągłe wsłuchiwanie się w aparaturę, w którą był podłączony powodowały, że totalnie przestawiłam swoje myślenie! Wiedziałam, że na ten moment to jedyna, najlepsza rzecz jaką mogę zrobić dla swojego dziecka – karmić piersią! Po dobie ciężkiej walki ze szpitalnym pseudolaktatorem udało mi ściągnąć pierwsze 5ml pokarmu! Nawet sobie nie wyobrażacie jaka byłam z siebie dumna! Wymęczone w bólu 5ml!!! Tak się zaczęła nasz przygoda! Choć personel szpitalny nie dawał nam wielkich szans powodzenia: bo to sutki nie takie, Oli miał mocno cofniętą szczękę i słabo ssał – to jednak dzięki naszemu uporowi udało się! Z chwili na chwilę moje dziecko stało się największym ssakiem tego świata, który potrafił wisieć na cycu nawet dwie godziny, ucinając sobie przy tym kilka drzemek.

 

 

 

Wcześniactwo wiąże się niekiedy z wieloma powikłaniami zdrowotnymi… Tak było i u nas. Tygodnie czekania na różne diagnozy, wizyty u neurologów, genetyków i innych specjalistów, którzy nie koniecznie byli w stanie zdiagnozować dziecko, powodowały, że mój stres się nasilał bardzo mocno. Jak wiadomo stres matki karmiącej jest jej największym wrogiem… Nieprzespane noce, nakręcanie się we wszystkich błędnie postawionych diagnozach, płacz, żal spowodowały, że pomimo ogromnego nawału pokarmu jaki miałam – w ciągu jednego dnia zanikł!!! Tak po prostu! Organizm nie wytrzymał, a wierzcie mi, że byłam strzępkiem nerwów w pewnym momencie… Karmiłam 8 miesięcy. Totalnie nie mogłam się pogodzić z tą stratą, przeszłam to nawet ciężej niż sam Oli… Rozpacz, łzy i te myśli, że etap pewnej bezwarunkowej bliskości zakończył się na zawsze… Z tego „wycia” dostałam nawet gorączki, przez długi czas był to mnie ciężki temat… Doszło do tego, że nawet w pewnym sensie się obwiniałam, że tak krótko to wszystko trwało…

 

 

 

Z Kubusiem, urodzonym o czasie, sprawa wyglądała zdecydowanie inaczej, łatwiej, przynajmniej na początku. Zaraz po porodzie nie miałam raczej większego problemu z laktacją. Podczas pobytu w szpitalu starałam się dosuwać wszystkie negatywne emocje, tęsknotę za Olisiem i domem. Byłam spokojna. Historia nieco zmieniła bieg po powrocie do domu. Kubuś był bardzo niespokojnym dzieckiem, często płakał – dłuuugo, głośno, dużo… Powodowało to również mój stres… W międzyczasie miały miejsce jeszcze inne „trudne historie”. Później doszedł problem pękających i pogryzionych do krwi sutek, co spowodowało, że musieliśmy się odstawić na kilka dni… Cały czas pił moje mleko, tylko odciągnięte laktatorem. Powrót do piersi nie był łatwy, z wiadomych względów – z butelki mleczko leci zdecydowanie łatwiej. Raz nam się udało nakarmić piersią, innym razem w grę wchodziła tylko butelka z mlekiem mamy. Pierś służyła bardziej do bliskości i pieszczot, a nie samego najadania się. Metodą prób i błędów Kubuś pił moje mleko przez 13 miesięcy. Dla jednych będzie to krótko, dla innych będzie to bez znaczenia. Dla mnie osobiści był to sukces – sukces, o który walczyłam do ostatniej kropli… 😉

 

 

 

Po co Ci to piszę… A no po to, żeby Cię zapewnić, że walkę z laktacją da się wygrać! Nie zawsze jest łatwo, nie zawsze tyle ile byś chciała – ale da się! Moja krótka historia być może nie do końca obrazuje trud z jakim się zmierzyłam, ale wierz mi, że naprawdę nie było łatwo… I choć przed urodzeniem dzieci temat karmienia naturalnego był mi zupełnie obojętny, to w momencie gdy zostałam mamą stał się sprawą priorytetową! Nie tylko ze względu wartości pokarmu dla samego maluszka… Karmienie stało się dla mnie największą formą bliskości jaką mogłam osiągnąć z moimi synami… Uwielbiałam te nasze  chwile…Moim najlepszym przyjacielem w tamtym czasie okazał się spokój i laktator – bez którego nie wyobrażam sobie „rozkręcenia” mojej laktacji.  Warto walczyć o ten czas, warto się nie poddawać… <3

 

 

 

Trzymam kciuki za Waszą przygodę!

 

Aga! :*