CODZIENNIK, OLIWIER & SPÓŁKA

Dystans czy znieczulica?

Człowiek niekiedy na pewne sprawy zaczyna patrzeć inaczej niż dotychczas. Wraz z biegiem czasu zmienia się punkt widzenia na poszczególne sprawy. Czasami zaczynamy dostrzegać korzyści tam, gdzie kiedyś nigdy byśmy się o nie nie pokusili… Nawet w sytuacjach, które niegdyś przyprawiały nas o ciarki. Mam tu na myśli rodzicielstwo, dzieci, ich wzloty, upadki, w szczególności te dosłowne… To doświadczenie i obserwacja pozwalają nam zrozumieć, że każde potknięcie malucha, to nie porażka czy tylko ból, w najzwyczajniej w świecie czysta wiedza, nauka o sobie, otaczającym świecie!

 

Ostatnio miałam taką sytuacją (zresztą podobne mam chyba każdego dnia), kiedy Kubuś wszedł na stolik kawowy. Oczywiście jak zwykle poprosiłam go grzecznie by zszedł – bo zrobi bach!W tym temacie akurat niewiele uparciuchowi pomaga gadka matki, tak więc zgodnie ze swoją naturą został tam jeszcze przez chwilę, zatańczył po czym spadł… Stolik jest na szczęście niski więc wielkiej krzywdy sobie nie zrobił. Bardziej się wystraszył, co było głównym powodem płaczu. Rzekłam do mojego dziecka jak to zwykle: „a widzisz, mama mówiła, że zrobisz bach”, po czym dałam mu troskliwego buziaka. Ten zaś dla zachowania swojej skruszonej postawy, popłakał jeszcze chwilę i wrócił do swoich zabaw.

 

Świadkiem całego zajścia była znajoma. Dziewczyna oburzyła się dosyć mocno całą sytuacją, począwszy od tego, że pozwoliłam dziecku wejść na stolik, po drugie, że spadł i płakał, a ja „spławiłam” go buziakiem. Nadmieniając przy tym wszystkim, że jej (jedyny) syn tak nie robił. Znając życie oceniła mnie przez pryzmat jednego doświadczenia jako słabą matkę, pozwalającą dzieciom na wszystko, w dodatku mającą znieczulicę na ich krzywdę…;p  A Ty jak myślisz, co mną kierowało: dystans czy znieczulica?

 

Kiedyś byłam jak ona. Latałam za Olim jak oszalała żeby się przypadkiem nie przewrócił, nie uderzył, nie potkną, nie sparzył itp… Oczywistym jest, że wiele razy go uchroniłam, nie raz uratowałam, nie raz podniosłam… Chuchałam, dmuchałam. Pomimo to, nigdy nie udało mi się go ochronić na 100%. I wiesz co Ci powiem?! To dobrze, to bardzo dobrze! Bo żadna szkoła, lekcja, rada matki, ojca nie da więcej niż własne doświadczenia, osobiste potknięcia czy popełnione błędy i ich konsekwencje. Nic nie ma większej wartości niż własny, osobisty bagaż doświadczeń! Nawet jeśli będziesz biegała krok w krok, nie uchronisz przed całym złem czy bólem.

 

Po drugie jeżeli czegoś definitywnie zabronisz dziecku, (nie mówię tu oczywiście o skrajnościach) będzie to dla niego niczym zakazany owoc. A wszyscy wiemy, że zakazany owoc smakuje najlepiej… Zatem prędzej czy później będzie ono i tak podejmowało próby zrobienia tego, choćby z czystej ciekawości … Sprawdziłam to na moich chłopakach. Kiedy raz zleci z krzesła, będzie wiedziało następnym razem, że mama miała rację kiedy ostrzegała, bo upadek rzeczywiście boli. Gdy dotknie rozgrzanego piekarnika, na pewno na długo zapamięta uczucie piekących rączek. Jak przytnie palce w drzwiach, będzie wiedział by następnym nie wkładać ich w zawias.

 

Kocham moje dzieci nad życie, każdy ich ból działa na mnie z podwójną siłą. Kiedy zrobią sobie krzywdę zawsze całuję, przytulam, tłumaczę dlaczego tak się stało. Ale… Już nie biegam za nimi co sił, nie staram się kontrolować ich każdego ruchu jak na początku macierzyństwa. I choć informuję ich niekiedy milion razy na dobę, że tego czy owego nie wolno, a jednak to robią – nie lecę na łeb na szyję by ich ratować! Już nie. Uważasz, że to zdrowy dystans czy znieczulica ludzka? Ze swoich błędów wyciągną zdecydowanie więcej niż z dokazywania matki. Oczywiście należy być czujnym rodzicem zawsze, ostrożnym, obserwować, ale nie popadać w paranoję.

 

Podam Ci jeszcze jeden prosty przykład, który dla mnie był kluczowy… Kiedyś psycholog dziecięca, która uświadamiała mnie o tym, co całkiem niedawno zrozumiałam, powiedziała mi zdanie, po którym we mnie nastąpił pewnego rodzaju przełom w tej kwestii. Otóż Maryja – mama Jezusa, STAŁA pod krzyżem, na którym wisiał jej Syn. Nie ONA wisiała i nie ONA wzięła go na swoje barki… Rozumiecie? Pewnie jest tu część osób niewierzących, szanuję to. Domyślam się jednak, że znacie przekaz tego przykładu…

 

Jako rodzice nie możemy wziąć wszystkich złych doświadczeń dzieci na siebie, nie możemy ich również przed wszystkim uchronić czy trzymać pod kloszem. Co nie oznacza, że jesteśmy totalnie obojętni. Naszym głównym zadaniem jest dać dziecku miłość, DOM (nie budynek), poczucie bezpieczeństwa, ale i swobodę, której mogą być różne konsekwencje. W przeciwnym razie, gdy wyfruną z domu w wielki świat, zwany dorosłością, rzeczywistość ich pochłonie, strawi i wydali! Tak więc należy złapać pewnego rodzaju dystans (zdrowy dystans), który pozwoli nam trzeźwo spojrzeć na sytuację i niektóre jej skutki uboczne, a dziecku zdobyć nowe doświadczenia i tym samym stać się silniejszym…

Co o tym myślisz????

Kiss:*

Aga!